Szukający
Arailt
Ocknąłem
się w innym miejscu niż myślałem. Spodziewałem się, że zobaczę
piach, złocistą pustynię. Moim oczom ukazały się jednak góry.
Nie podobne do tych, w których dolinie dorastałem. Nie mogły się
równać zazielenionymi szczytami łańcuchów gór oplatających
Rivendell. Jednak po palącym słońcu i złocie piasku,widok
czarnych szczytów był kojący. Wziąłem kilka oddechów, po czym
znów zamknąłem oczy, uszczypnąłem się i spojrzałem jeszcze
raz. Nieskończone smoliste, ostro zakończone wzniesienia piętrzyły
się, przede mną, za mną i po obu mych stronach. Poczułem nagle
uczucie żalu.
-Ross,
spodobałoby ci się tu....-tym razem powstrzymałem się od łez.
Podniosłem się, musiałem zacząć myśleć trzeźwo, musiałem
wrócić do swojego świata, bo ona by tego chciała. Rozejrzałem
się dookoła siebie, aby dostrzec koniec pasma i wtedy dotarło do
mnie gdzie jestem.
-Jestem
w twojej klepsydrze-szepnąłem, ale wydawało mi się, że i tak to
usłyszał. „To nie ma sensu, Czarny Pan zginął, został
pokonany”-próbowałem pouczyć samego siebie.
-Ty
już nie istniejesz! Nie ma ciebie! Upadłeś! Pokonali
cię!-krzyczałem w nicość, gdy me słowa wybrzmiały ze wszystkich
stron wydobył się dźwięk, szept, niski, przerażający, mrożący
krew w żyłach.
-Skoro
mnie pokonano, to dlaczego tu trafiłeś?-spytał Czarny Pan. Moje
serce chciało wyskoczyć, ale nie miało gdzie, on był wszędzie.
Jego głos, pytanie i kraina. To wszystko było we mnie i przy mnie.
Nie mogłem nigdzie uciec, obraziłem pana mojego więzienia, w to
bardzo duży błąd.
Ross
Stałam
za nim. Widziałam jak ucieka, macha rękami, odpycha przeciwnika,
który był od niego silniejszy, nawet teraz. Jego przeciwnik, był
dla niego nie widzialny, obecny wszędzie pod postacią zatęchłego
powietrza, obsydianowych gór, czarnego nieba, upiornego głosu. Ja
widziałam jego twarz, czułam jego dłoń na swoim ramieniu. Trzymał
mnie, abym patrzyła jak cierpi, abym czuła się winna, niszczył
mojego ducha, albowiem ciało już dawno posiadł. Dobrze, że Arailt
nie wiedział, iż cierpię. Musi myśleć, że jestem bezpieczna w
innym świecie. Musi myśleć o sobie, o tym, aby się wydostać z
tej przeklętej klatki. On musi przeżyć. Nigdy nie powinien tu
trafić, to tylko i wyłącznie moja wina, moja droga.
Patrzę
na niego, słyszę ich głosy, liczę, że choć myśli zostały
moje. Nagle opada, boję się o niego, ale on mnie trzyma, oddycham
ciężko. Dostrzegam uśmiech na jego śpiącej twarzy, mogę tylko
zgadywać co czuje, ale bez wątpienia, ten promień szczęścia jest
pierwszym i ostatnim jaki tu widziano, bo gdy otwiera oczy znów
chmurnieje.
Arailt
Z
każdą chwilą było gorzej, nie wiedziałem co robić.
-Po
co ja Ci jestem?-spytałem. Nie spodziewałem się usłyszeć
odpowiedzi, a jednak.
-Możesz
zmienić bieg historii, mojej historii, świata.-odrzekł tajemniczo,
a potem mnie puścił. Wciąż czułem jego wzrok wpatrzony we mnie,
czujne spojrzenie śledzące z uwagą, każdy mój ruch, oddech
duszący, ale już mnie nie trzymał, wiedziałem, że to nie jest
dobry znak. Jednak byłem bez silny, a szansa powinna zostać
wykorzystana, gdybym wiedział, że o to chodziło...
Padłem
z wycieńczenia, nie wiedziałem, która godzina, bo w kraju cieni,
słońce nie świeci. Padłem na ziemię tak jak stałem, a potem
zasnąłem, o dziwo w tem złym otoczeniu śniły mi się piękne
sny. Widziałem postać Vardy, pani gwiazd. Potem Luthien tańczącą
na zielonej trawie, Yavanne sadzącą drzewa, aż wreszcie ujrzałem,
coś czego nigdy me oczy nie oglądały, a co poznałem. Silmarillion
zaświecił mi przed oczami, a potem się obudziłem w krainie Cieni.
*
Trzeci
rozdział piątej części serii Dziejów.
Przykro
mi, że po tak długiej przerwie, ale miałam dziurę wenową.
Liczę,
że będzie lepiej, a tymczasem dziękuję, za przeczytanie, mam
nadzieję, ze się spodoba.
Buziaki
Limonka ;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz